Menu użytkownika

Informacje

Serwis wykorzystuje pliki cookies.

Ruch Światło-Życie Bydgoszcz © 2018



czwartek, 23 grudnia 2010 07:35

Dużo czasu zajęło mi rozważanie tego zagadnienia. Wydawało mi się bardzo złożone. W którym bowiem dokładnie momencie człowiek zostaje chrześcijaninem? W momencie chrztu? Lecz ta łaska przecież często przyjmowana jest nieświadomie i dopełniana przez sakrament bierzmowania. Może więc wtedy? Lecz ilu ludzi ten sakrament przyjmuje tylko po to by kiedyś móc się „ochajtać” bez problemów? Dla formalności, dla papierka, lub dlatego, że taka tradycja i że rodzina tego chce. A przecież powinna to być świadoma i osobista decyzja. Więc może dzieje się to wówczas gdy dana osoba wyznaje Jezusa jako Pana i Zbawiciela? Przyznam, że ta odpowiedź wydawała mi się najbliższa prawdy, lecz trudno się oprzeć wrażeniu, że zwykle dzieje się to pod wpływem emocji, uczuć, także owczego pędu na jakichś rekolekcjach, czy nabożeństwach pokutnych, a decyzja ta nie łączy się potem z nawróceniem czy zmianą życia. Dopiero po jakimś czasie odkryłem jak jałowe są te rozważania.

 

Z pomocą nieoczekiwanie przyszła mi internetowa znajoma. Zapytała mnie na czacie „Czy wierzysz w Boga?”. Zaskoczyła mnie tym pytaniem, bowiem w internecie rzadko ktoś sam z siebie porusza podobne zagadnienia. Odpowiedziałem jednak bez namysłu „Tak”. Po czym zadała jeszcze bardziej zaskakujące pytanie „Dlaczego?”. Po krótkiej chwili namysłu udzieliłem odpowiedzi: „Ponieważ Go poznałem”. Oto dlaczego tamte rozważania prowadziły do ślepej uliczki. Chrześcijaństwo to przecież relacja z Chrystusem. Człowiek jest chrześcijaninem o tyle, o ile Go poznaje. Krótko mówiąc człowiek nie „zostaje” chrześcijaninem, ale „staje się” nim. Oczywiście zawsze jest jakiś początek i dla jednego to może być chrzest, dla innego bierzmowanie lub inny sakrament, a dla jeszcze innego wyjazd na rekolekcje. To tak jak gdy poznaje się dwoje ludzi. Zawsze jest ten moment poznania. Jednak najważniejsza jest nie pierwsza randka z Jezusem, ale kontynuowanie rozpoczętej znajomości.

Pytali mnie różni znajomi czy nie boję się, że przestanę wierzyć. Odpowiedziałem, że nie. Dziwili się i pytali czy, aby takie myślenie nie jest popadaniem w pychę, bo przecież nigdy nie wiem co się wydarzy. Ja jednak odpowiadałem, że wiem iż wiary nie stracę. Może być trudno, mogę przeżywać pustynię duchową, mogę się zagubić czy popaść w grzech, ale nie stracę wiary w Chrystusa, a to z tego prostego powodu, że zbyt wiele z Nim przeżyłem, że za długo się znamy, zbyt silna jest ta więź. Kiedyś gdy miewałem wątpliwości zawsze przypominałem sobie to co On dla mnie zrobił. Teraz już tych wątpliwości nie mam. Jestem więc chrześcijaninem dlatego, bo poznaję Chrystusa i On także pozwala mi się poznać. Jestem nim zawsze gdy się z Jezusem spotykam i z Nim rozmawiam, gdy utrzymuję z Nim stały kontakt, a zaprzeczam mojemu chrześcijaństwu, gdy tę relację odrzucam, gdy coś staje się od niej ważniejsze. Dlatego właśnie pragnę świętości: żeby być bliżej Niego i jeszcze lepiej Go poznać i zrozumieć.

Przypominają mi się słowa Jezusa do Samarytanki „Wy czcicie to, czego nie znacie. My czcimy Tego, którego znamy”. Ta kobieta uwierzyła w Jezusa, stała się chrześcijanką, ponieważ Go poznała. Apostołowie znali Go jeszcze lepiej i na tym właśnie polegała ich droga świętości. Można zapytać „a co z Judaszem?”. Ja myślę, że tragedia tego człowieka polegała właśnie na tym, że on Jezusa nie poznał. Zamiast słuchać Jego słów, rozważać je tak jak to czyniła Maryja, Judasz miał swoją wizję Mesjasza i próbował rabbiego Jeshuę ben Jozef dostosować do tejże wizji. Muszę tu zaznaczyć różnicę między „poznaniem” Boga, a „wiedzą” o Nim. To wcale nie musi iść ze sobą w parze. Są na świecie teologowie, których wiedza jest ogromna, ale nie są wierzącymi. A był przecież i wielki anioł, który Boga znał, ale z jakichś niezrozumiałych dla mnie przyczyn odrzucił z Nim relację i nazwał się szatanem. Poznawanie Boga to nie zdobywanie o Nim wiedzy, lecz tworzenie z nim relacji. Zakochani znają się bardzo dobrze nie dlatego, że wiedzą wiele o sobie (choć to oczywiście też jest ważne), ale dlatego, że są ze sobą w głębokiej relacji i doskonale się rozumieją.

Tak właśnie wygląda relacja chrześcijanina z Bogiem. Tak wygląda moja z Nim relacja. Chcę być chrześcijaninem jak najpełniej, by moja relacja z Jezusem była najgłębsza jak to tylko możliwe. Żebym mógł za słowami św. Pawła powiedzieć „Żyję nie ja lecz żyje we mnie Chrystus”. Ta relacja jest unikalna. Tak jak nie ma dwóch takich samych małżeństw, tak nie ma dwojga ludzi o identycznej relacji z Bogiem. Dzieje się tak, ponieważ każdy jest inny i On prowadzi każdego w unikalny sposób. Żeby zyskać pełniejszy obraz Boga potrzebna jest wspólnota ludzi, którzy tworzą z Nim relację. Jeśli każdy opowiedziałby o Nim tak jak Go poznał- wówczas lepiej byśmy Go poznali. To jest właśnie wspaniałe. Moja relacja z Bogiem ma wymiar ad intra zmieniając mnie samego i ad extra gdy przekłada się na moje relacje z innymi i gdy opowiadam o Nim wspólnocie. I tak właśnie nawzajem się ubogacając tworzymy więzi: osobistą z Bogiem, wspólnoty z Nim i wspólnoty między sobą. Jedyne co trzeba zrobić to każdego dnia decydować się na nowo pogłębiać te więzi.

Czy więc to, że jestem chrześcijaninem jest jedynie moją decyzją i zasługą? W końcu to przecież zależy od mojej decyzji. Przyznam, że nieraz blisko mi do takiego myślenia. Chciałbym zawsze sam na wszystko zapracować. Trudno mi przyznać się do moich słabości. Jednak uważam, że dużo racji miał św. Augustyn pisząc o „darze iluminacji”. Mam tu ochotę opowiedzieć o wszystkich momentach, w których On mnie naprowadzał, odpowiadał, dawał się poznać. Tak wiele ich było w moim życiu. Nie mam w każdym razie wątpliwości, że Bóg dał mi się poznać. Moja wiara jest wielką łaską od Niego i bez Niego bym nie wytrwał. Ale to właśnie dzięki temu, że On mnie kocha i ja kocham Jego mogę być chrześcijaninem, czyli tworzyć relację z Bogiem.

Chwała Panu!

Piotr Majewski, animator wspólnoty w parafii oo. jezuitów

 

Znak Roku

znak_roku.jpg